Przeglądam rozkłady materiału i jestem coraz bardziej przerażona. Jedna lekcja na "Sachema", cztery na "Krzyżaków", dwie na imiesłowy. To tylko pierwsze z brzegu przykłady. Jak to zrobić, kiedy pamiętam jeszcze, że Sachema omawiałam na trzech- pięciu, Krzyżaków na dziesięciu - dwunastu, na imiesłowy poświęcałam cztery-sześć godzin. Miałam wtedy pewność, że prawie cała klasa rozpoznaje imiesłowy, przekształca je na imiesłowowe równoważniki zdania, zapisuje poprawnie imiesłowy z partykułą nie. Na sześciu godzinach można tego nauczyć, ale na dwóch?! Mogę oczywiście zrobić wybrane tematy jak należy, ale nie zmieszczę się wtedy z realizacją podstawy programowej, a muszę, bo po pierwsze mnie z tego rozliczą, a po drugie nie wspomnę chociaż o innych zagadnieniach, potrzebnych uczniom do przeżycia w kolejnej szkole.
Albo dokładnie z dziurami, albo po łebkach, powierzchownie wszystko... I tak to wygląda na wszystkich przedmiotach.
Po każdej reformie powinni wytłuc nauczycieli pamiętających co było "kiedyś". Młodzi nie mają tych dylematów... Na zawodową śmierć za wcześnie. Trzeba sobie radzić. Jak? Pożyjemy, zobaczymy.

